motocykle

 

SAMOCHÓD DROŻSZY I WYBACZAJĄCY MNIEJ NIŻ ZWYKŁE LAMBORGHINI

LP 550-2 to samochód zaprojektowany z myślą o bardzo wyrobionym odbiorcy. Valentino Balboni, kierowca testowy Lamborghini, na cześć którego nazwano LP 550-2, pracuje w swoim fachu od ponad 40 lat. To dłużej niż ja chodzę po świecie. Z tak kolosalnym doświadczeniem zalicza się do najwytrawniejszych, najbardziej wyczulonych kierowców świata, czego z pewnośc ią nie mogę powiedzieć o sobie.


Jeśli stroi się samochód pod kryteria tali specyficzne jak gust Valentina Balboniego, przeciętne podniebienie na pewno tej potrawy nie doceni. Przepis wydaje się świetny. Ta wersja Gallardo ma sześciobiegową ręczną skrzynię. Wybrać dostępny w opcji e-Gear to zrejterować już na starcie: w końcu cały sens w tym, że auto jest w „specyfikacji Balboni". Ma stalowe tarcze hamulcowe dające więcej wyczucia od (także dostępnych opcjonalnie) ceramicznych. Ma białe i złote pasy na karoserii. Jest odciążona (dokładnie o 120 kg). A co najważniejsze, napędzana wyłącznie na tylne koła. Nie muszę dodawać, jak przyjęli to wielbiciele marki zachwyceni, że Balboni to znów „prawdziwe Lamborghini" nawrócone na jedynie słuszny typ napędu. Od czasu zakończenia produkcji Diablo żadne Lamborghini nie rzuca całej swojej potężnej mocy tylko na tylne koła. Gdy liczba koni przekroczyła 500, konstruktorzy uznali, że do ich okiełznania służyć będzie system 4x4 z przewagą na tył. W zasadzie słusznie. W efekcie Lamborghini należą do supersamo-chodów najbardziej przyjaznych dla kierowcy. Mają wielki zapas naturalnej przyczepności na przyspieszeniu i nie skazują na śmierć tego, kto popełni błąd ludzkiego odruchu, taki jak zdjęcie nogi z gazu po zbyt śmiałym wejściu w zakręt. Ale LP 550-2 to zupełnie inna historia. Aby poczuć, czym Balboni różni się od zwykłego Gallardo, wystarczy ruch kierownicą. Nieprzyduszona napędem pracuje swobodniej, komunikuje więcej niż wersja 4x4, kryje w sobie całą mapę danych czytelnych dla konesera. Auto wydaje się zwinniejsze, żywsze, bardziej pobudzone. Kierownica pozwala lepiej czuć drogę i dynamikę jazdy niż w innych Gallardo, w których praca półosi pojących koła momentem obrotowym zanieczyszcza kierowanie. Wolny układ kierowniczy to niezastąpione źródło przyjemności z jazdy. W miarę wzrostu prędkości czujniki palców i busola miednicy zaczynają sygnalizować, że auto nabiera ochoty do zabawy. Na delikatne impulsy od kierowcy reaguje wyraźniej niż wersja standard. Mam wrażenie, że tych 120 kg ubyło głównie spomiędzy kierowanych kół, a przecież przedni dyferencjał i półosie mogły ważyć najwyżej 40 kg. Uśmiech na twarzy rośnie i rośnie tak długo, aż posuniesz się o krok za daleko. Wtedy bledniesz skarcony nagłym ostrzeżeniem. To fakt, że kontrolę trakcji ustawiono z tolerancją pozwalającą na więcej poślizgu, ale przyczyna tej nieoczekiwanej zmiany nastroju auta jest inna. W chwili skrętu masz wciąż pod dostatkiem przyczepności. Smakujesz tę kinetyczną ustawialność znaną z LP 560-4. Ale jeśli w połowie zakrętu ujmiesz gaz albo dodasz go za mocno, Balboni staje się nawowe i wybacza o wiele mniej niż wersja 4x4. Pamiętaj: amortyzatory i sprężyny, hamulce, układ ESP, a nawet opony zostały tu skalibrowane dokładnie tak, jak lubi Valentino Balboni. Oznacza to, że ścieżka wiedzie bliżej przepaści. Ze łatwiej się obsunąć. Ze stanie się to znienacka. A kiedy 550 koni wygra z czepliwością tylnych gum, auto nie będzie się z tobą cackać. Albo będziesz Valentino Balbonim i docenisz, jak poważnie cię traktują, pozwalając żonglować na limicie zamiast po prostu się toczyć, albo zaliczasz się do kategorii: kierowca masowy. W takim przypadku wystraszysz się i tak jak ja tą bardzo specjalną wersją pojedziesz znacznie wolniej. Cóż, ta maszyna naprawdę jest dla twardzieli. Zresztą tym razem właśnie o to chodziło. W rękach Valentino Balboni to pierwsze od ośmiu lat Lamborghini z napędem wyłącznie na tylną oś. Pozwala odróżnić prawdziwych facetów od chłopców z czteronapędowej piaskownicy. Balboniego staje się posłuszna jak szkolony pudel. Przekonałem się o tym z prawego fotela, patrząc, jak z miną człowieka solącego zupę wyczynia z nią takie rzeczy, do jakich nie zbliżyłem się w swoich najśmielszych próbach. Pod innymi względami LP 550-2 przejmuje całą doskonałość Gallar-do. Za plecami grzmi soczysty riff silnika V10 o pojemności 5,2 litra. Tryska przez kaskadę zaworów wydechowych, porywa, zachęca, by jeszcze szerzej otworzyć przepustnice, posłuchać go jeszcze głośniej. Praca lewarka skrzyni biegów dostarcza jednego z najprzyjemniejszych doznań haptycznych dostępnych dla ludzkiej dłoni. Metal dźwięcznie klika o metal w diapazonie gniazdka, od rozkoszy zmiany z dwójki na trójkę można się uzależnić. Tak, tylko że koniec końców na krysztale tego auta dostrzegam głęboką rysę niekonsekwencji. Aby doświadczyć tego, czym góruje ono nad Gallardo, trzeba być Valentino Balbonim. Inaczej nici z zabawy. Już widzę właścicieli, którzy niedołężnie wykluwają się z parkingu na drogę, by pokazać, że nie umieją sięgnąć do potencjału LP 550-2. Gdyby to było lżejsze, tańsze Lamborghini, pierwszy polecałbym je jako odświeżacz radości życia dla zaangażowanych kierowców. Niestety, kosztuje ono więcej niż normalne LP 560-4. Płacisz marżę za ekskluzywność i otrzymujesz auto, którym ogromna większość kierowców pojedzie wolniej niż wersją standard. Owszem, Balboni jest czymś specjalnym, fascynującym, opatrzonym nazwiskiem niezwykłego człowieka. Ale zapewniam was, że wystarczy wam zwykłe Gallardo i premia zaoszczędzonych 18 tysięcy funtów.